Codzienne i niecodzienne życie z Gwoździami
RSS
sobota, 03 lutego 2007
Cudownie jest

-         O, jak ja się cieszę, że widzę cię taką usmiechniętą i radosną – powiedziała Gwoździowa, która właśnie, niespodziewanie wróciła z randki, gdyż bardzo kocha swoją rodzinę, jak nam oznajmiła na wejście.

-         Pozory, pozory – powiedziałam i natychmiast oklapłam.

-         O Jezu, mogłam nie przypominać - powiedziała. – To co? Nie mogę już przyjść do mojego kochanego domu na rosołek?

Rosołek bulgotał jak marzenie.

Gwoździowa zrobiła sobie z niego pomidorową, pouszczęśliwiała nas swoim towarzystwem i poleciała. Na jakąś imprezkę latino.

Wcale jej nie zazdroszczę.

Czas i mnie się zebrać na swoją imprezkę.

Jak to przy sobocie, po robocie.

Cudownie jest, dwie ręce mam...

 

18:49, holly_goli
Link Komentarze (10) »
piątek, 02 lutego 2007
I nie będzie niczego...

Piątek nie piątek (a co może w piątek robić samotna kobieta?), każdy dzień jest dobry na to, żeby wieczorem coś upitrasić, na przykład rybę po grecku, czyli po polsku, bo z marchewki, pietruszki, selera, pora, cebuli i koncentratu pomidorowego (plus przyprawy), która to ryba będzie jak znalazł na cały weekend i spokój, bo usmażę do tego dwanaście (słownie: dwanaście) filetów rybnych, w dwóch brytfankach.

I tarkuję tę marchewkę, te pietruszkę i te inne, na tarce i jęczę:

-         Jak ja nienawidzę tarkować!

-         Nie martw się – mówi Gwoździk. – Jak nastanie Kononowicz, to nie będziesz musiała. Bo nie będzie niczego.

Ja takiej świadomości nie miałam w wieku 10 lat. Gorzej. O Wałęsie dowiedziałam się jako piętnastolatka, a twórczość Hasiora i Tadeusza Kantora poznałam dopiero na studiach.

21:09, holly_goli
Link Komentarze (9) »
Ostatni gasi światło

Strasznie mnie denerwują ostatnio. Zwłaszcza rano. Nie mogę się doczekać, kiedy wyjdą z domu i zamkną za sobą drzwi. Kiedy znikną mi z oczu.

Szczekają ich szczekaczki przy jedzeniu i mają mnóstwo spraw do mnie, z których najważniejsze są: abym im dała pieniądze na to, na śmo i pierdziośmo, aby nie chodzić do szkoły i aby bawić się w weekend nieprzerwanie.

- Nie mam pieniędzy – mówię i na dowód wyciągam portfel i liczę: osiemdziesiąt groszy.

-         Przecież mówiłam ci o tym dwa tygodnie temu, a ty się uśmiechnęłaś i skinęłaś głową – mówi Gwoździowa, stawiając jako argument, że powinnam się na coś zgodzić, bo już się niby zgodziłam.

Pierwsze słyszę.

-         Dwa tygodnie temu byłam innym człowiekiem – odpowiadam.

-         Oj, weź przestań robić z siebie taką nie wiadomo co, bo z tobą zerwał. Rzeczywiście, dwa tygodnie temu byłaś innym człowiekiem – ironizuje i czyści buty w kuchni, gdzie ja siedzę, zapach pasty do butów zaraz mnie zemdli, ale najpierw chyba zwymiotuję.

-         Idź z tymi butami do przedpokoju – mówię.

-         Rzeczywiście dużo ci da, jak pójdę z nimi do przedpokoju – odpyskuje. – Zaraz, to dziś drugi luty, a ty mówisz, że już nie masz pieniędzy? To za co będziemy żyli?

Modlę się, żeby już zostać samą. Widzę, że Gwóźdź zapomniał zabrać kanapek do szkoły, po co ja wstaję tak rano, żeby te kanapki robić.

Po ich wyjściu wstaję i gaszę światła we wszystkich, ale to wszystkich pomieszczeniach.

08:19, holly_goli
Link Komentarze (11) »
wtorek, 30 stycznia 2007
Brud sam odpadł

-         Nooo, dobra – przyzwoliłam łaskawie, mówiąc Gwoździowej: – Napisałam w końcu coś na blogaska. Możesz przeczytać.

Gwoździowa (pierwszy domowy cenzor IV RP) przeczytała i zmarszczyła nos.

-         Nie podoba mi się – rzekła.

-         Ale co ci się nie podoba?

-         Ze niby, jak u nas w domu syf, to znaczy, że tak fajnie? – wzruszyła ramionami i poszła do siebie.

No, też. Syf, to syf. Beznadziejna sprawa w tym domu.

-         Mamo, a co ten toster taki czysty? – wpadł tymczasem Gwoździk do kuchnioczegośzawalonego i zapytał.

-         Czysty? – zdziwiłam się. – Bo pewnie brud sam odpadł.

21:39, holly_goli
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 22 stycznia 2007
Sepsa a dziennikarstwo

Jeśli chodzi o Gwoździe, a raczej o to, co się może z nimi dziać, gdy mnie przy nich nie ma, to tu moja wyobraźnia ma wprost nieograniczone pole rażenia. Nie wiem, jak jest z innymi matkami, może to taka sama li i jedynie kobieca przypadłość, jak okres, czy zmitologizowany PMS.

Gdy Gwoździe były małe i dajmy na to – dostawały czkawki, modliłam się, żeby czkawka je nie zabiła. Ulało się mleko z nakarmionego po uszy bobasa – Chryste Panie! – dziecko wymiotuje, odwodni się. Pierwsze spacerki z małymi pokrakami, które dopiero stawały do pionu – oczami wyobraźni widziałam wszelkie możliwe kłody pod nogi, rozbite nosy, przypominały mi się wstrząsające historie o jednej dziewczynie, córce siostry ciotecznej kuzyna teściowej sąsiadki, że przewróciła się skronią o kamień i śmierć na miejscu.

Przed każdym mostkiem, przez który chciałam przejść, widziałam wpadające do rzeki barcholce, moja wyobraźnia szła dalej, widziałam siebie, jak je ratuję, no, takie rzeczy.

Potem, albo w trakcie wczesnego macierzyństwa zaczęłam pracować w gazecie i tu niestety wyobraźnia zaczęła hulać na dobre.

Każdy opisywany, zwykle ciężki, przypadek zapadał mi w serce i myśli i uaktywniał się z każdym puszczeniem bąka przez barcholce.

Zapalenie krtani? O Boże, pisałam o tym, dziecko zmarło, bo leczyli je na co innego. Biegunka? Tak odwodnili dzieciaka, że ledwo odratowali.

W miarę wzrastania Gwoździ, przypadki opisywane przeze mnie zmieniały się, choć nie zmieniała się trwoga.

-         Chcesz pojechać na Woodstock? W życiu, co tam się dzieje, to ja już dobrze wiem, bo pisałam... Zostać na noc u koleżanki? Już ja wiem, co wy wyprawiacie, latacie po mieście, opisywałam takie zdarzenie, jak matka spała za ścianą, a dzieci włamywały się do samochodów.

I tak bez końca.

Gwoździe często narzekały: - Najgorzej to mieć matkę dziennikarkę.

Oczywiście choroby pozostały, też jako opisywane przypadki. Kleszczowe zapalenie opon mózgowych (zakończone śmiercią) tak mi wlazło w myśli po jednym reportażu, że już byłam nieomal przekonana, że Gwoździk na to zapadł, ale wtedy Edek wyczytała, że objawy jednak trochę się różnią.

Ostatnio robiłam wywiad ze specjalistką od sepsy. Dowiedziałam się, że sepsą zarazić się nie można (o czym namiętnie piszą dziennikarze w gazetach), bo nie można się zarazić zespołem objawów. Można się zarazić wirusem, bakterią czy grzybem, który to drobnoustrój, nie leczony szybko i właściwie może się sepsą skończyć.

Wywiad robiłam w stylu: jestem przerażoną matką trójki barcholców w różnym wieku, jak je uchronić przed sepsą?

Pani docent podała mnóstwo przykładów profilaktycznych i przykłady zasadnicze: po pierwsze obserwować dziecko, zrobić dobry wywiad (czy ktoś w szkole z kolegów nie zachorował, na co), iść do lekarza. I nie bać się antybiotyków, bez przesady z tym mitem, że jemy je na tony i tracimy odporność.

Dziś wracam złachana z Gdańska, a tu Gwoździk się pokłada. Czoło gorące.

-         Sepsa! – myśl jak sztylet przebiła mi potylicę. I dawaj wyobraźnia hula we mnie, niczym pożar.

Na szczęście zaraz przyjdzie Edek i pewnie mi wybije ją z głowy.

Bo co za szczęście, że Edek nie jest dziennikarką. Nie ma pojęcia, co się na świecie dzieje i dzięki temu może (jakoś) żyć.

No tak, ale już niedługo. Edek przecież studiuje dziennikarstwo.

17:23, holly_goli
Link Komentarze (8) »
niedziela, 14 stycznia 2007
Dlaczego ja tak nienawidzę

W związku z tym, że dziś gra Orkiestra na ulicach, zostałam obudzona bezpardonowo przez jedną z moich licznych szefowych.

-         Potrzebuję ze zdjęciem osoby, co zbiera z puszką – powiedziała enigmatycznie, ale słysząc mój niemrawy głos, dodała: - Wiek, od kiedy, jak długo, tego typu szczegóły. Do trzynastej.

Spojrzałam na zegarek: była 11:04.

Wypadłam z łóżka i do kuchni, gdzie Gwoździe w najlepsze urzędowały. Były pod ręką.

-         Natan do lekcji, Sara, chcę wiedzieć o której przyjdziesz, jeśli wyjdziesz, Kacper masz umyć naczynia – wyżyłam się.

-         Dlaczego ty nas tak nienawidzisz? – zapytała Gwoździowa. Ona chyba mnie nienawidzi.

-         Bo jesteście pod ręką – powiedziałam szczerze.

-         No, widzisz – zrobiła minę i pokazała mi języka.

-         Mamo, a dasz mi jakieś pieniądze na Orkiestrę? – zapytał Gwóźdź.

Machnęłam ręką w kierunku torebki (to znaczy torby-borby), gdzie mam portfel.

Niech sobie sam weźmie, Gwóźdź jeden.

Pokręciłam się, poczepiałam, a potem zabrałam kluczyki od samochodu, żeby wyjechać.

-         Tylko ma tu być porządeczek, jak wrócę. Buty w przedpokoju ustawione, naczynia zmyte i w ogóle – machnęłam ręką na cały ten bajzel. – Bo wrócę z babcią.

No i wróciłam, a Moja Mama od razu, szu szu szu. Ona zawsze znajdzie robotę.

Trochę mi przeszło, ale nie całkiem.

Chyba mam za mało magnezu i to stąd. Co uważam za okropne, że jakiś brak jakiegoś czegoś w moim organizmie powoduje to, co powoduje.

Mocuję się z dołem w samej sobie.

19:17, holly_goli
Link Komentarze (6) »
czwartek, 11 stycznia 2007
Aborcja i prostytutki

-         Mamo? Co to jest aborcja? – zapytał Gwoździk przybiegając z pokoju.

-         Aborcja to zabieg usunięcia ciąży – powiedziałam, nie wdając się w szczegóły.

-         Acha – odparł i pobiegł z powrotem do pokoju.

-         No, moja droga – Gwoździowa wychyliła się z łazienki, gdzie prała (ręcznie) swoją bieliznę, strasznie przy tym narzekając na kręgosłup. – Nie poznaję cię. Jak ja byłam w jego wieku i zapytałam cię w redakcji, kto to są prostytutki, to nie umiałaś odpowiedzieć. Dopiero naczelny powiedział: „Prostytutki? To są takie złe krasnoludki”. Pamiętam do tej pory. A teraz proszę – twardo i rzeczowo. I zobacz, jak od razu uciekł – zachichotała.

 

21:25, holly_goli
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 08 stycznia 2007
Tylko się uśmiecha

-         Mamo, jeśli facet zaprasza mnie do kina, to znaczy, że nie muszę kupować sobie biletu? – upewnia się Gwoździowa.

-         A zaprasza cię?

-         Tak.

-         No, to chyba nie musisz, chociaż różnie z tym jest – zadumałam się. Bo z jednej strony wygląda na to, że Gwoździowa zaczyna spotykać się z jakimś kulturalnym meżczyzną, traktującym zaproszenie do kina w sposób znany mojej babce, matce i mnie (czyli sposób tradycyjny, acz szarmancki), ale z drugiej – mnie też kiedyś facet zaprosił do knajpy. Kulturalny, wykształcony, inteligentny, z poczuciem humoru. Drink za drinkiem, rozmowa gładka, a kiedy kelner przyniósł rachunek, okazało się, że mój błyskotliwy towarzysz ma tylko 20 złotych, bo nie przewidział, że będzie tak fajnie i to ja zapłaciłam rachunek.

No, ale ja przecież, poniekąd, jestem facetem, jak to mówią niektórzy faceci. Mówią, że  myślę jak facet, jeżdżę jak facet, ochrzaniam jak facet. To i zapłaciłam, jak nie przymierzając facet.

Wracając do Gwoździowej - jako, że wszyscy w domu bacznie przyglądamy się jej poczynaniom (i komentujemy je,  bezczelnie sobie żartując), miało miejsce takie oto zdarzenie:

Gwoździowa szykuje się na randkę. Prasuje sobie w pośpiechu jakąś marynarkę, czy bluzę. Gwoźdź zagląda do jej pokoju i woła:

-         Jeszcze nie jesteście razem, a już mu koszule prasujesz?

I „chi chi chi” w kułak chichocze.

Na szczęście Gwoździowa nic sobie z tego nie robi.

Tylko chodzi i się uśmiecha.

21:46, holly_goli
Link Komentarze (2) »
niedziela, 07 stycznia 2007
Leptyka przy śniadaniu

-         No, ładnie, śniadanie o trzynastej – mówi Gwoździk, zasiadając z Gwoździową do stołu. (Gwóźdź jak zwykle u Agatki, z tym że najpierw Agatka była u nas, urzędowali w kuchni, więc chyba coś zjedli).

-         Jest niedziela – wzrusza ramionami Gwoździowa, co ma usprawiedliwić nie tylko śniadanie o trzynastej, ale też i to, że siedzi w koszulce.

-         Ta parówka jest niedobra – krzywi się.

-         Ta parówka jest niedobra – wtóruje jej Gwoździk.

-         To nie jedzcie – tym razem ja wzruszam ramionami.

Gwoździowa niesie parówkę do kosza (przyznaję, to były stare parówki, od dawna leżały w lodówce).

-         Ale mamo, spróbuj, że niedobra – Gwoździkowi mało tego, że nie je, jeszcze mnie chce zmusić do próbowania.

-         Nie muszę próbować. Jak niedobra, to ją wyrzuć. Wierzę ci i nie muszę jej badać organoleptycznie – mówię.

-         Ale powiedziałaś – zauważyła Gwoździowa.

-         A co to znaczy? – zapytał Gwoździk.

-         To znaczy badanie za pomocą organów.

-         I leptyki – dodała Gwoździowa.

13:20, holly_goli
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 stycznia 2007
Wymarzone prezenty

A w święta było tak: Mikołaj po raz pierwszy przyniósł Gwoździom ich naprawdę wymarzone prezenty. Wszystko dzięki temu, że matka Gwoździ dostała nagrodę, którą natychmiast oddała we władanie gwiazdkowych sił bożonarodzeniowych.

Szczęśliwy Gwóźdź - perkusista:

I szczęśliwie obdarowani Gwoździk z Gwoździową:

18:21, holly_goli
Link Komentarze (9) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13